Przyjrzyjmy się krótko trzem sposobom patrzenia na osobę ludzką, na ciało ludzkie, w hinduizmie, w buddyzmie, w chrześcijaństwie.

W hinduizmie dusza jest uwięziona w ciele ludzkim, moje „ja” nie jest moim ciałem, a ciało nie jest mną. Ja jestem jedynie swoją duszą. Jestem skazany na przeżywanie w tym ciele swojej karmy dopóty, dopóki to ciało nie umrze, a dusza nie dostąpi reinkarnacji, czyli nie otrzyma nowego ciała, niekoniecznie ludzkiego. Będzie się to powtarzać aż dusza dotrze do celu, do którego zmierzam. Według hinduistów człowiek jest duszą uwięzioną w ciele. Ciało nie stanowi istotnego elementu tego kim osoba jest.

Buddysta uznałby, że człowiek nie jest ani duszą ani ciałem, a jego indywidualność jest złudzeniem. Gautama Budda próbował zrozumieć źródła cierpienia na świecie. Według niego, aby wyeliminować cierpienie, należy odkryć jego przyczyny, a następnie wyrwać je z korzeniami. Dostrzegł, że cierpienie pochodzi z niespełnionych pragnień, które mają swoje źródło w najgłębszym „ja”. I tak doszedł do wniosku, że jeżeli osoba jest źródłem pragnienia, zaś pragnienie jest źródłem cierpienia, to osoba jest źródłem cierpienia. Zatem, aby nie cierpieć, należy wyeliminować własne „ja”. Budda głosił pierwotnie koncepcję, że własne „ja” nie jest czymś rzeczywistym, jest iluzją.

Zgodnie z wizją chrześcijańską osoba jest zarówno ciałem jak i duszą.
Ciało to coś dobrego, wchodzę w relacje poprzez ciało, wszystko poznaję za pośrednictwem ciała.
Jezus Chrystus przyjął ludzkie ciało.
Ciało jest częścią tego, kim jestem. Jestem swoim ciałem i swoją duszą. Gdy moje ciało cierpi, to ja cierpię, gdy okazuję radość swoim ciałem, wówczas ja się cieszę.
Ciało ma sens oblubieńczy. Ciało, jego płciowość; męskość, kobiecość, nie jest tylko źródłem płodności, ale w ciele zawarta jest zdolność wyrażania miłości, w której osoba staje się bezinteresownym darem z samej siebie dla drugiego, dla Boga. To co robię z moim ciałem, ma znaczenie.

Czy to co robię jest zgodne z celem do jakiego zostało przeznaczone przez Boga?